Pocztówki z Donbasu: „Leon” opisuje, jak naprawdę wyglądały walki o Rubieżnoje (marzec-kwiecień 2022)

Kolejna „Pocztówka z Donbasu” przed nami. Tym razem personalia autora są nieznane, ukrywa się pod pseudonimem „leon_spb67”. Czy jest autentycznym uczestnikiem walk? Zdecydowanie tak. Skąd o tym wiadomo? Jest weteranemm z lat 2014-15, znajomym Witalija „Afriki”, który z kolei jako znajomy Igora Girkina polecił jego zapiski temu ostatniemu (I. Girkin, pseudonim Igor Strelkow – to człowiek, który samowolnie przekształcił „Antymajdan” w Donbasie w powstanie ludowe – ku olbrzymiemu niezadowoleniu na Kremlu, który jeszcze przed powstaniem zadeklarował, że żadnej pomocy nie udzieli i odradzał organizowanie separatystycznych referendów – wg logiki Kremla Krym był autonomią i jego secesja była „legalna”, a secesja Donbasu już by nie była – jak wiadomo lokator Kremla wszystko musi robić zgodnie z prawem, szczególnie – międzynarodowym, nawet wtedy, gdy jego wróg robi sobie otwarte kpiny z prawa międzynarodowego i instytucji międzynarodowych; I.G. jest jedną z ostatnich żyjących „znaczących figur” spośród powstańców; pozostali już w większości zginęli w „niejasnych okolicznościach”, przy czym strona ukraińska zamiast chwalić się sukcesami stanowczo dementuje, że ma z tymi sprawami cokolwiek wspólnego). Więc niestety – opis szturmu na Rubieżnoje to nie jest beletrystyka z ukraińskiej edycji „Der Stürmera”. Czego z poniższego tłumaczenia może się czytelnik dowiedzieć? Może zapoznać się (bardzo pobieżnie) z charakterem walk w mieście i zrozumieć, że ta wojna nie przebiega bezkontaktowo, jak to niektórzy opowiadają. Niestety, potężna artyleria nie zdobywa miast, nie „wyczyści” budynku po budynku, szczególnie takiego, gdzie w piwnicach są cywile. Tym muszą się zajmować ludzie. Wielu ludzi. Od doświadczenia ich dowódców na szczeblu drużyny, plutonu i kompanii zależy to, jak krwawe będą walki. Oczywiście od doświadczenia i wyszkolenia samych żołnierzy też wiele zależy, ale nie wszystkie błędy dowódców da się „przykryć” wyszkoleniem szeregowego na tyle, by uniknąć strat krwawych. Ważne jest prawidłowe szkolenie uzupełnień, rzucanie rekrutów do walk miejskich to dobry pomysł tylko gdy chodzi o zwiększenie liczby poległych. W FR żadne szkolenia uzupełnień na skalę stosowną do powagi sytuacji nie mają miejsca. Nie mówiąc już o przygotowaniu i szkoleniu rezerw strategicznych. Dodatkowo – ważne jest też odpowiednie wyposażenie – od kamizelek kuloodpornych, hełmów, broni, po drony czy nawet … peryskopy. Tymczasem Milicjom Ludowym brakuje praktycznie wszystkiego, kamizelek, karabinków szturmowych, nawet sprzętu łączności (dlatego Ukraińcy śmieją się w sieci z ich analogowych „Baofengów”). Istną patologią jest to, że ochotnicy Milicji Ludowych ŁRL i DRL są zmuszeni do samodzielnego kupowania wyposażenia i broni. Także środki transportu oddziałów są finansowane ze składek społeczeństwa. W kraju, gdzie oligarchia żyje w pałacach i rozbija się prywatnymi odrzutowcami.

Czytelnik po zapoznaniu się z tym tłumaczeniem powinien zrozumieć, choćby w najmniejszym stopniu, dlaczego walki o Mariupol ciągnęły się tak długo. A w ogóle – to jak długo się ciągnęły walki o tytułowe Rubieżnoje? Od początku marca do 30 kwietnia, kiedy Ukraińcy wycofali się z dzielnic mieszkalnych do południowych dzielnic przemysłowych.

Niestety, w Donbasie trwają bardzo ciężkie walki, w których ponoszone są olbrzymie straty. One wynikają zarówno ze specyfiki samych walk miejskich, jak i czasu danego Ukraińcom na przygotowanie fortyfikacji. Oraz z, powiedzmy, – „braku doświadczenia” kadry oficerskiej po stronie rosyjskiej.


Autor: leon_spb67 (anonimowy żołnierz Milicji Ludowej ŁRL)
Tytuł: Walki o Rubieżnoje, jak to naprawdę było (Бои за Рубежное. Как это было)
Opublikowano: 26.04.2022
Tłumaczenie i komentarze: Światowid, swiatowid.video.blog
Źródło: Бои за Рубежное. Как это было [kopia bezpieczeństwa].

Na początku wszystko odbywało się w dobrze znanym miejscu. W pierwszych dniach marca brygada przjechała w rejon Rubieżnoje. Podchodzili od północy. Według relacji naocznych świadków, na jednej z leśnych dróg dojazdowych do miasta kolumna zatrzymała się i wysłała do przodu grupę zwiadowczą. Grupa zwiadowcza znalazła dwie twierdze „Ukropów” (Światowid: ros.: Укроп – pogardliwie o Ukraińcu lub Ukrainie, wikipedia: RU, EN ). „Ukropy” niczego nie podejrzewały. Deliberacje nad tym, co robić dalej, zajęły 40 minut. W tym czasie Ukropy odkryły kolumnę i rozpoczęły ostrzał moździerzowy i artyleryjski. Wskutek tego ostrzału stan osobowy naszego batalionu został zmniejszony o połowę jeszcze przed przystąpieniem do walki. Będę pisał o swoim batalionie, gdyż nie znałem działań innych.

My, razem z „Witiukiem” i „Irlandczykiem”, byliśmy w tym czasie w Ługańsku i próbowaliśmy iść na wojnę – pisałem o tym tutaj (Światowid: kompromitacja). Irlandczyk, dzięki znajomościom w szpitalu, podawał jakieś monstrualne liczby „trzysetnych” i „dwusetnych” osób (Światowid: odpowiednio: ranni i zabici), ale wtedy w to nie wierzyłem. Jak się później dowiedziałem, nie mogliśmy wyjechać, ponieważ ci, którzy mieli nas wysłać na front byli zajęci rozsyłaniem „trzysetnych” (Światowid: po szpitalach) i organizowaniem identyfikacji „dwusetnych”. Później, gdy byliśmy już w składzie batalionu, powracający lekko ranni potwierdzili straty.

Po tym pogromie (Światowid: mowa o ww. ostrzale art.) batalion zsiadł z maszyn i zaległ przy drodze. Był mróz, śnieg, przez trzy dni leżeli pod ostrzałem. Zabronione było rozpalanie ognisk. Do strat doszły duże ilości odmrożeń.
Ogólnie rzecz biorąc, na początku natarcia (na miasto) pozostała tylko jedna trzecia składu osobowego batalionu (batalion: 800-1000 żołnierzy).

Następnie, przy wsparciu artylerii brygady, przeprowadzono szturm na część północną, gdzie znajdowały się 5-9-piętrowe budynki mieszkalne.

„Ukropy” nie broniły ich i szybko wycofały się na przygotowane stanowiska w sektorze prywatnym (Światowid: ros.: частном секторе; zgaduję, że bloki były spółdzielcze albo kwaterunkowe, a te budynki jednorodzinne – „prywatne”). Pod koniec marca Czeczeni obsadzili te domy i zamieścili zainscenizowane filmy, na których opowiadają, jak bohatersko „oczyszczają” pięciopiętrowe budynki, które … zostały zajęte bez walki dwa tygodnie wcześniej.

A potem zaczęło się robić naprawdę źle. Ukropianie wykorzystali jako swoją twierdzę betonowe garaże – znajdują się one po prawej stronie zdjęcia. Bloki, których bronili, są zakreślone na czerwono.

Doskonale przygotowali swoje stanowiska. Na południe od stanowisk znajduje się nisko położony teren, który daje naturalną osłonę przed artylerią. Do niego porobili osłonięte szlaki komunikacyjne (Światowid: rowy strzeleckie, okopy?). Na końcach ulic prowadzących na północ przez osadę wykonali betonowe bunkry. W kwartałach mieszkalnych (Światowid: kwartał to po prostu zamknięty ze wszystkich stron ulicami wycinek zabudowy miasta – zwykle kwadrat, trójkąt, prostokąt) z wyprzedzeniem przygotowali „worki strzeleckie”: oczyszcza się pole ostrzału sektora do prowadzenia ognia krzyżowego, w piwnicach ustawia się stanowiska karabinów maszynowych i przygotowuje stanowiska snajperów. W same „worki” starannie oczyszczono ścieżki – przebito płoty i szopy. Żołnierze, chcąc przeprowadzić rozpoznanie w warunkach bojowych, aby nie przechodzić przez ostrzeliwane ulice, idą przez podwórka (Światowid: standardowa taktyka miejska, stosowana także w Mariupolu: 1, 2, 3). Nie wiedzą, kto przed nimi przedzierał się przez wytyczone przejścia – może nasi. W tych przejściach trafiają pod ogień karabinów maszynowych i snajperów. Grupy ginęły, zanim w ogóle zorientowały się, że do nich strzelano.

Spójrz na chaos budynków. Na podwórkach nic nie widać – wszystko zasłaniają płoty i domy.

Jedna z grup weszła do jednego z tych „worków” – jednocześnie dziewięciu „dwusetnych”. Dowódca – ani jednego zadrapania. Wrócił, zebrał ludzi do wyniesienia „dwusetnych”. Ta sama historia. Kolejnych trzech poległych. I tak było przez tydzień. W rezultacie leżało tam 20 „dwusetnych”, których nie można było zabrać przez kilka tygodni. Rozkaz „zabrać dwusetnych” stał się równoznaczny z rozkazem „idźcie i zgińcie”.

W połowie kwietnia z naszej „przedwojennej” kompanii (Światowid: pododdział 60-110 osób) pozostało kilku ludzi. Do walki wysyłano już ochotników i rezerwistów. Ochotnicy w większości byli z doświadczeniem z lat 2014-2015, ale tutaj jest zupełnie inna wojna i ich doświadczenie już na nic się nie przydaje. A rezerwiści to górnicy wzięci z ulicy bez najmniejszego doświadczenia. Nikogo na górze to nie obchodzi. Weź do ręki „automat” (Światowid: chodzi o „automat Kałasznikowa”, karabin szturmowy AK-47) i ruszaj przed siebie pod moździerze. Katastrofalnie brakowało ludzi, bojownikom nie wolno było opuszczać linii frontu przez miesiąc lub dłużej. Wiele osób przeszło załamania nerwowe (ros.: „у многих ехала крыша”) wskutek stresu (shell shock?). Niektórzy zaczęli ostro pić, na szczęście na froncie nie było problemu z alkoholem. Matematycznie rzecz biorąc, nie było prawie żadnych szans, aby wydostać się z tego całym i zdrowym. Im dłużej tam przebywasz, tym mniejsze masz szanse. Spośród tych, z którymi się przyjaźniłem lub z którymi dzieliłem chleb, w ciągu dwóch tygodni poległo osiem osób. Pozostali zostali ranni lub doznali kontuzji od pocisków. W ciągu tygodnia zmieniło się trzech oficerów kompanii – dwóch poległo. W ogóle nie było już oficerów szczebla kompanii-plutonu (Światowid: snajperzy …).

W połowie kwietnia, po licznych szturmach i ciężkich stratach, garaże zostały zdobyte. Dzień później podjechał czołg Ukropów i z nisko położonego terenu (o którym była wyżej mowa) po prostu zniszczył garaże do fundamentów.
Czołgi Ukropów działały tam zupełnie bezkarnie. Dwa czołgi Ukropów przez kilka godzin – metodycznie i spokojnie – „rozbierały” ten dziewięciopiętrowy dom obok nas. Czym się wtedy zajmowała nasza artyleria – nie wiem.

W międzyczasie doszło do eksplozji w zakładzie „Zarji”. W obu przypadkach byłem w dziewięciopiętrowym budynku. Gdy fala uderzeniowa potężnego wybuchu uderzyła w budynek – metalowe drzwi mieszkań po prostu wyleciały z futryn. Jeśli wziąć pod uwagę, że eksplozje miały miejsce w odległości pięciu kilometrów, teren wokół fabryki musiał być krajobrazem księżycowym – ilość materiałów wybuchowych w tym miejscu musiała iść w dziesiątki ton, jeśli nie więcej.

Wszystkiego tego można było uniknąć, wykorzystując lotnictwo. Ale Pasecznik (Леони́д Ива́нович Пасечник: RU, EN) powiedział: „Poradzimy sobie własnymi siłami”. I „radzili sobie”, rzucając ludzi na rzeź całymi stadami.

O Czeczenach napiszę osobno później.

Jedna myśl w temacie “Pocztówki z Donbasu: „Leon” opisuje, jak naprawdę wyglądały walki o Rubieżnoje (marzec-kwiecień 2022)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s