Wywiad z I. Girkinem: Jak Putin zdradził Noworosję

Poniżej obiecane tłumaczenie wywiadu z I. Girkinem, w którym przedstawia on mało znane fakty z roku 2014, które mają kapitalne znaczenie dla zrozumienia tego, co tak naprawdę dzieje się dziś – i dlaczego. Ale niestety nie jest to cała prawda, głównie z powodu odmowy omówienia tego, co działo się na Donbasie od roku 2015 i tego, że I. Girkin wbrew pozorom bardzo uważa co mówi. Byli i tacy, którzy mniej uważali, dziś już nie żyją. Pracuję nad materiałem o brygadierze A. Mozgowym [i nie tylko], w którym przedstawię nieco późniejsze fakty i ich interpretacje, głównie dokonywane przez brygadiera – człowieka – legendę Donbasu. Dopiero ten planowany materiał pokaże prawdę o wojnie trwającej od 2014 i prawdziwej sytuacji politycznej w sposób dobitny i wyczerpujący. A tymczasem zapraszam do lektury

Zdjęcie wprowadzające: I. Girkin (po prawej stronie), 2014, Donieck

Wiem, że niektórzy mają problemy z przeczytaniem czegoś dłuższego od wpisu na Twitterze. Spróbujcie chociaż przeczytać TEN FRAGMENT (I. Girkin o działaniach W. Putina w decydujących dla „Majdanu” i Noworosji momentach)


Autor: Skurlatow [skurlatov]
Tytuł: Jak Putin zdradził Noworosję – wspomina Igor Strelkow (Как Путин слил Новороссию – вспоминает Игорь Стрелков)
Opublikowano: 18.08.2019
Tłumaczenie i komentarze: Światowid, swiatowid.video.blog
Źródło: Как Путин слил Новороссию – вспоминает Игорь Стрелков [1] [kopia], Как Путин слил Новороссию – вспоминает Игорь Стрелков [2] [kopia].

Jak Putin zdradził Noworosję – wspomina Igor Strelkow

Igor Strelkow był w stanie wyjść sam na jednoosobową pikietę przeciwko pożądanemu przez Putina oddaniu Japonii naszej kluczowej geostrategicznie w strefie Oceanu Spokojnego i Azji oraz bogatej w zasoby placówki Kuryle Południowe, szanowałem go, nie każdy jest w stanie wykazać się inicjatywą polityczną. Co prawda, nie był w stanie wyjaśnić mi wydarzeń z nocy z 26 na 27 lutego 2014 roku, kiedy to budynki Rady Najwyższej i Rządu Republiki Krymu zostały opanowane przez sześć tuzinów uzbrojonych mężczyzn, którzy przyjechali dwoma ciężarówkami z Sewastopola, po tym, jak przywódca krymskotatarskiego Medżlisu, Refat Czubarow popełnił błąd i, uznawszy sprawę za załatwioną, rozpuścił bojowników.

Jego błąd jest dość pouczający. Poszedł z wiecu Tatarów krymskich, który szalał przed siedzibą Rady Najwyższej, do kierownictwa Krymu, coś mu obiecano, a on nastawił uszu i wolał grać „według zasad”, wyszedł radośnie do protestujących i ogłosił – „Wygraliśmy! Zgadzają się na nasze warunki”. I zamiast wprowadzić swoją samoobronę do parlamentu – odprężył się i ustąpił. Powstałą w ten sposób lukę wykorzystał ktoś z rosyjskich dowódców Sewastopola i wykonał „atak wyprzedzający”. Nie Putin, ale ten do dziś nienazwany dowódca przejął inicjatywę, stawiając Kreml przed faktem dokonanym (w pewien sposób przypomina to atak na Prisztinę w nocy z 11 na 12 czerwca 1999 r.) [Ś.: ludzie z autentycznymi zasługami jakoś nie zyskują w Rosji medialnej ani politycznej popularności stosownej do dokonań, „słońce” może być tylko jedno …].

Do południa nie było jasnych instrukcji od Putina (Naczelnego Wodza), a rosyjskie jednostki wojskowe stacjonujące w pobliżu Simferopola [Симферополя] na przemian przemieszczały się w głąb miasta i lotniska, a następnie wycofały się do swoich baz [Ś.: Rozkazy Szojgu. Okręty desantowe z FR też na przemian zawracał w tę i w drugą stronę. W efekcie Szojgu dawał ukraińskiej oligarchii czas na kontrę i doprowadzenie do krwawego przebiegu secesji Krymu. Czy Szojgu mógł tak kręcić armią inaczej niż na polecenie „cara”? Legenda głosi, że jak „car” się dowiedział, to tupnął nogą i dal rozkaz „cała naprzód”. W legendach zawsze „car” jest mądry, zdecydowany i patriotyczny, a „bojarzy” głupi, niezdecydowani i „z bielizną pełną strachu”. Od początku SWO widzimy ten sam schemat …]. Odtworzyłem ówczesną zawieruchę minuta po minucie. Dopiero o godz. 12.00 Putin zdał sobie sprawę z nieodwracalności tego, co się stało, i musiał usankcjonować proces, wprowadzając do niego sprytny zwrot. I wydał rozkaz wsparcia bohaterów nocnego rajdu, a przed południem w Radzie Najwyższej Republiki Krymu pojawił się prorosyjski przywódca Siergiej Aksjonow, siły antybanderowskie wznieciły wiwaty i Krym został uratowany przed masakrą [Ś.: którą zgotowano potem z pełną premedytacją Donbasowi …].

Kto był dowódcą, który przejął inicjatywę? Utajniono nie tylko jego nazwisko, ale także jego bojowników, którzy brali udział w zdarzeniach z nocy z 26 na 27 lutego 2014 r. Ale od tamtej nocy minęło już ponad 5 lat, dlaczego więc nie ujawnia się nazwisk prawdziwych wyzwolicieli Krymu? Najwyraźniej po to, by laury przypadły Putinowi, a nie komuś innemu. Mamy mit, że „przywrócił Krym do macierzy”.

Kto teraz pamięta o inicjatorach ruchu „Nieśmiertelny Pułk”, tomskich dziennikarzach Siergieju Łapenkowie, Siergieju Kołotowkinie i Igorze Dmitriewie [Сергей Лапенков, Сергей Колотовкин, Игорь Дмитриев]? Putin usunął z widoku publicznego główne sanktuarium zwycięskich radzieckich frontowców – Mauzoleum Lenina, to święte epicentrum Wielkiego Zwycięstwa, ale kiedy zdał sobie sprawę, że spontanicznego impulsu z dołu nie da się powstrzymać, natychmiast stanął na czele procesji i poprowadził ją 9 maja 2015 r. przez zbezczeszczony przez siebie Plac Czerwony, zastępując jednocześnie oryginalne logo „Żurawia wzbijającego się do lotu na tle czerwonej gwiazdy”, logiem „Jerzego Zwycięzcy”, choć zwycięstwo odnosili nie tylko wyznawcy prawosławia, ale przede wszystkim komuniści, a także wyznawcy islamu, buddyzmu, judaizmu i po prostu ateiści. Co więcej, Putin wykastrował istotę ruchu ludowego „Nieśmiertelny Pułk”, podporządkowując go urzędnikom. Putin i jego PR-owcy wyciągnęli maksymalne korzyści z sytuacji „powrotu Krymu”, popularność prezydenta poszybowała w górę, a „krymski konsensus” zaczął się rozwiewać dopiero w tym roku. Sewastopolski lider antybanderowski Aleksiej Czałyj [Алексей Чалый] nie mógł pogodzić się z biurokratyzacją i demobilizacją prorosyjskiego ruchu ludowego i został zwolniony, ale mit Putina jako „zbawcy Krymu” i „zbieracza ziem rosyjskich” pozostaje niezachwiany.

Logo „Żurawia wzbijającego się do lotu na tle czerwonej gwiazdy” autorstwa Alieksieja Sziepiełowa

Do tej pory większość Rosjan nie była w stanie wydobyć się z putinowskiego bagna. Prawda jest rzeczywiście bardzo trudna do przyjęcia. Igor Strelkow nie był na Krymie w nocy z 26 na 27 lutego 2014 r., ale był w kontakcie z krymskimi przywódcami i nie mógł się powstrzymać od zbadania, kto dokładnie wykonał tam ten decydujący ruch. Nie powiedział mi jednak nic nowego – albo nie wie, albo na razie milczy. Jednak Igor Strelkow uznał to za dobry moment, by opowiedzieć mi, w jaki sposób Putin zdradził [Ś.: względnie slangowe „olał”: „слил”] Noworosję. Dziennikarz Andriej Kamakin rozmawia z nim właśnie na ten temat. Rozmowa, zatytułowana „Ostatni żołnierz imperium”, została opublikowana na dwóch stronach najbardziej rozpowszechnionej gazety w Rosji (1 916 011 egzemplarzy), Moskowskij Komsomolec (16 sierpnia 2019 r., 16.08 – 20.08.2019 r., nr 28050 /tygodnik nr 178 [423], ss. 12-13): Игорь Стрелков: «Рано или поздно эта война перейдет в горячую стадию» [Igor Strelkow: „Prędzej czy później ta wojna przejdzie w ‚gorącą’ fazę”.].

Igor Strelkow: „Prędzej czy później ta wojna przejdzie w ‚gorącą’ fazę”

Były minister obrony DNR opowiada o przeszłości i przyszłości samozwańczej republiki

„Każda rewolucja jest wymyślana przez romantyków, wdrażana przez fanatyków, a z jej owoców korzystają łajdacy”. Historia wielokrotnie potwierdziła słuszność stwierdzenia Thomasa Carlyle’a. Dotyczy to zresztą nie tylko rewolucji – polityka to brudna sprawa. Nie można jednak obejść się bez romantyzmu. Przykładem tego są życie i losy Igora Girkina, znanego bardziej jako Igor Strelkow. Rosyjski Che Guevara podzielił się z MK [Ś.: gazetą Московский комсомолец] szczegółami swojej ostatniej kampanii, która zakończyła się pięć lat temu.


fot. vk.com Igor Strelkow.

Sylwetka:
Igor Wsiewołodowicz Girkin (Игорь Всеволодович Гиркин pseudonim wojenny – Igor Iwanowicz Strelkow) urodził się w 1970 r. w Moskwie. Pułkownik FSB, w stanie spoczynku. Ukończył Moskiewski Państwowy Instytut Historii i Archiwistyki (1992). Uczestniczył jako wolontariusz w konfliktach w Naddniestrzu i Bośni (1992-1993). Brał udział w pierwszej i drugiej kampanii czeczeńskiej. Od 1996 r. do 2013 r. był funkcjonariuszem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Od 16 maja do 14 sierpnia 2014 r. – Ministrem obrony Donieckiej Republiki Ludowej. Odznaczony Orderem Odwagi (2003), Medalem Suworowa (2002) i wieloma innymi odznaczeniami państwowymi.

– [Andriej Kamakin] Igor Iwanow. A może Igor Wsiewołodowicz? Który sposób zwracania się jest dziś dla Pana bardziej naturalny, bardziej preferowany?

– [Igor Girkin] W zwykłej rozmowie dopuszczam oba warianty. Ale skoro mówimy o wywiadzie, to chyba bardziej odpowiedni byłby Igor Wsiewołodowicz. W paszporcie mam napisane, że byłem Igorem Wsiewołodowiczem i nadal nim pozostaję.


Igor Strelkow podczas podróży służbowej do Republiki Czeczeńskiej, marzec 2003 r. Zdjęcie: iStrelkow.ru

– Niektórzy z Pana, powiedzmy, byłych przyjaciół mówią, że wstydzi sie Pan się swojego rodowego nazwiska. Czy to prawda?

Nigdy nie wstydziłem się swojego rodowego nazwiska. Nie wstydzę się go. W mojej rodzinie nigdy nie było oszustów, złodziei ani innych łajdaków, byli porządni ludzie – wojskowi, inżynierowie, chłopi, mieszczanie…

Kończąc ten temat: zostałem Igorem Iwanowiczem Strielkowem, gdy rozpoczęła się druga kampania czeczeńska. My, funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa, wyjeżdżając w dłuższe podróże służbowe do republiki, otrzymywaliśmy dokumenty tożsamości z innymi, jak to się mówiło „ustawionymi”, danymi identyfikacyjnymi. Można było zmienić wszystko: imię, nazwisko, patronimik [отчество]. Zmiana była wymagana.

Strielkowa była moją babcią po ojcu. Mój ukochany dziadek ze strony matki miał na imię Iwan. W tym wyborze nie ma więc nic dziwnego. Przez pięć lat wszyscy w Czeczenii znali mnie jako Igora Strelkowa. Naturalnie więc, jadąc na Krym, a potem do Donbasu, postanowiłem używać tego pseudonimu.

– Nie będę ukrywał, że Pan i ja stoimy po przeciwnych stronach ideologicznej barykady [Ś.: prowadzący jest komunistą, I. Girkin – monarchistą-nacjonalistą]. Ale jako przeciwnik z pewnością zasługuje Pan na szacunek. Należy Pan do tej rzadkiej grupy polityków i chyba w ogóle ludzi, którzy nie tylko podejmują działania, ale też nie boją się ponosić za nie odpowiedzialności. Ciężar odpowiedzialności, którą wziął Pan na siebie pięć lat temu jest tak duży, że może się ziścić scenariusz, w którym pewnego dnia znajdziecie się w celi haskiego więzienia. Czy jest Pan przygotowany na taki scenariusz?

– Nie wydaje mi się to prawdopodobne. Po pierwsze, nie zamierzam się poddać. W żadnej sytuacji. Po drugie, uważam, że w chwili obecnej władze Federacji Rosyjskiej nie są zainteresowane takim rozwojem sytuacji. Oczywiście, gdy do władzy dojdą inne siły, sytuacja może się dla mnie zmienić. Ale to dopiero przed nami. Jest wiele osób, które wolałyby, żebym zamilkł na zawsze, niż żebym miał być poddany jakimkolwiek przesłuchaniom. Niemniej jednak z pewnością nie można wykluczyć opcji, o której wspomniałeś. Takie zagrożenie istnieje.

Ale przyjmuję to raczej ze spokojem. Z dwóch powodów. Po pierwsze i najważniejsze: moje sumienie jest czyste. Postępowałem zgodnie z własnymi poglądami i przekonaniami, robiąc to, co uważałem za słuszne i właściwe. Po drugie, po tym wszystkim, co wydarzyło się w moim życiu – wiele razy musiałem spojrzeć śmierci w oczy – nie w przenośni. W porównaniu z tym jakiś tam Trybunał Haski … To nie robi wrażenia! To nie jest straszne. Sam zdecydowałem, że jeśli do tego dojdzie, kategorycznie odmówię współpracy w śledztwie. Nie będę uznawał jego prawomocności.


fot. ru.wikipedia.orgCzłonkowie międzynarodowego zespołu śledczego na miejscu katastrofy malezyjskiego Boeinga MH17, sierpień 2014 r.

– Twierdzi Pan, że jednostki pod Pana dowództwem nie zestrzeliły malezyjskiego Boeinga. A tak w ogóle, to wierzę Panu. Ale szczerze mówiąc, nie wierzę, że ma Pan jakiekolwiek informacje o tym, kto go zestrzelił. Czy wie Pan, kto to zrobił?

– Zna Pan moją standardową odpowiedź na to pytanie: milicja nie zestrzeliła Boeinga. To wszystko, nie ma więcej komentarzy. [Ś.: Girkin z zasady nie kłamie, więc na placu boju pozostają dwie inne strony posiadające „Buki” (względnie – wg kombryga A. Mozgowoja, którego wkrótce zaprezentuję szerzej – jedna i ta sama strona), które korzystały na kompromitacji sprawy Noworosji …]

– Świadczy o tym jednak fakt, że w przeciwieństwie do wielu osób nie mówi Pan nic o ukraińskich samolotach szturmowych, ukraińskich Bukach czy ogólnie o ukraińskich siłach bezpieczeństwa.

– Przejdźmy do następnego pytania.

– Czy ma Pan wrażenie, że został wrobiony?

– Czy masz na myśli ogólnie Donbas?

– Chodzi mi o sytuację z Boeingiem.

– Nie mówmy o tym.

– OK. Czy wniesienie przez Holendrów formalnych oskarżeń o udział w spowodowaniu katastrofy zmieniło w jakiś sposób Pana zachowanie, Pana sposób życia?

– Nic podobnego. Nie mam możliwości zwiększenia swojego bezpieczeństwa w żaden sposób. Ja też nie zamierzam się ukrywać. Wcale.

– Ale oczywiście nie może Pan teraz wyjechać z kraju.
– Nie miałem zamiaru wyjeżdżać. Od kwietnia 2014 r. jestem objęty sankcjami. Byłem prawie numerem jeden na pierwszej liście sankcji. Nawet wcześniej nigdzie nie podróżowałem. Tylko dwa razy byłem na tak zwanej dalekiej zagranicy. W Bośni, kiedy walczyłem tam jako ochotnik [Ś.: po stronie serbskiej], i w Rumunii – byłem tam w 1999 r. w sprawach służbowych, podczas wojny w Kosowie.

– Zgadzam się, że władze nie są zainteresowane Pańską ekstradycją. Ale sam Pan powiedział, że wielu chciałoby, by zamilkł Pan na zawsze. Jest Pan człowiekiem niewygodnym pod wieloma względami: wie Pan za dużo – o wiele za dużo – i nie jest, delikatnie mówiąc, jednym z apologetów władzy. Mówiąc cynicznie, „problem Strelkowa” można rozwiązać także w inny, mniej humanitarny sposób.

– Rozumiem, co ma Pan na myśli. Ale, jak to się mówi, nie płacze się po włosach kiedy utną głowę. Przekraczając granicę rosyjsko-ukraińską w kwietniu 2014 r., miałem świadomość, że jest to najprawdopodobniej podróż w jedną stronę. Byłem przygotowany na to, że mogę nie wrócić żywym na terytorium Rosji. A może nawet martwym. Wcześniej przez pięć lat służyłem jako agent operacyjny w Czeczenii. Wielokrotnie do mnie strzelano, byłem, gdzie eksplodowały miny [Ś.: przeciwpiechotne, „фугасы”] … Codziennie istniało ciągłe zagrożenie życia. Nie było więc w tym dla mnie nic nadzwyczajnego ani niestandardowego.

– Ale wtedy był Pan ostrzeliwany przez wroga.

– W końcu przez 16 lat służyłem w FSB i dobrze wiem, jak działają służby specjalne. Przychodząc tutaj, człowiek musi zrozumieć, że służba może dawać, ale może też, powiedzmy, odbierać. Dotyczy to również najbrutalniejszego „schematu”. Człowiek, który strzela do innych, musi być przygotowany na to, że prędzej czy później sam zostanie ostrzelany. I nie ma znaczenia, czy strzał jest od przodu czy od tyłu.

I jeszcze jedna uwaga. Tak, jestem niewygodny. Wyjątkowo niewygodny. Nikt mnie nie wysłał do Donbasu. Pojechałem tam sam, dobrowolnie, z własnych pobudek, i pozostałem wierny swoim poglądom i ideałom – niezależnie od rozwoju sytuacji politycznej i zmiany „linii partii”.

Ale uwaga: wielu z tych, którzy poddali się tej „linii”, już nie żyje. Pan Zacharczenko – nazywałem go „panem” [Ś.: «паном» – to ukrainizm zapożyczony z polskiego, szyderstwo ze strony Girkina] po podpisaniu przez niego porozumień mińskich – z hukiem przyjmował prawie wszystkie polecenia z Moskwy. A gdzie on jest…? To samo można powiedzieć o wielu innych postaciach z Donbasu. Wygoda nie jest jeszcze gwarancją bezpieczeństwa.

– Według oficjalnej wersji, wszystkie te postaci, łącznie z Zacharczenką, padły ofiarą ukraińskich służb specjalnych…

– Nie rozpatruję wersji oficjalnej.

– Czy ma Pan inną?

– Uważam, że bez udziału osób związanych, powiedzmy, z wpływowymi kręgami rosyjskimi wyeliminowanie Zacharchenki byłoby niemożliwe. Nie sądzę, by decyzję o jego wyeliminowaniu podjęły oficjalne władze, ale jest więcej niż prawdopodobne, że istniały poważne siły zainteresowane jego usunięciem.

– A jaki był interes tych sił?

– Sprawy handlowe. Kontrola nad szarą strefą, nad przemysłem, nad wszystkim innym.

– Nie było żadnych motywów politycznych?

– Gdyby najważniejsze były motywy polityczne, Zacharczenko zostałby po prostu wezwany do Moskwy i pozostawiony na miejscu. Tak było np. w przypadku Bołotowa (Walerij Bołotow [Валерий Болотов], szef Ługańskiej Republiki Ludowej od 18 maja do 14 sierpnia 2014 r. – „MK”; [Ś.: zmarł w nie do końca jasnych okolicznościach 27.01.2017 w Moskwie]).

– Swoim głównym zarzutem wobec obecnych władz rosyjskich czyni Pan fakt, że w 2014 roku zaanektowano tylko Krym, a nie wszystkie „rosyjskie” regiony Ukrainy. Wydaje mi się, że te zarzuty nie są do końca sprawiedliwe. Owszem, Kreml wycofał się – nie eskalował konfliktu z Zachodem, oszczędzając siły, sprzęt i, że tak powiem, gospodarkę. Ale i Pan wtedy wycofał się: opuścilł Pan Sławiańsk, Kramatorsk, Konstantynowkę … A tak na marginesie, wielu z Pana byłych towarzyszy broni również nie może Panu wybaczyć tego odwrotu.

– To porównanie nie jest poprawne. Podzielmy to pytanie na dwie części. Nie ganię Putina za to, że zjednoczył – nie zaanektował, podkreślam, ale zjednoczył – tylko Krym. Ująłbym problem inaczej: Putin odmówił zjednoczenia podzielonego narodu rosyjskiego. Stracił niepowtarzalną szansę, która zdarza się raz na sto lat. W rzeczywistości odmówił on ochrony Rosjan na Ukrainie. Obronił zaledwie cząstkę.

Jednocześnie „oszczędzanie siły żywej i sprzętu” w przewidywalny z góry sposób okazało się porażką. Nie rozwiązując kwestii Ukrainy, Putin nic nie zyskał. Nadal giną ludzie, wojna nie ma końca, a jej koszty rosną. I prędzej czy później ta wojna się zaogni, ponieważ jest to wojna domowa, a w takich wojnach nie ma rozejmu. Są tylko zwycięzcy i przegrani.

Już przystępując do tej wojny, wziął na siebie obowiązek wygrania jej. W przypadku zwycięstwa [wtedy] stracilibyśmy mniej zasobów i znacznie mniej istnień ludzkich. [Ś.: Wypowiedź iście prorocza, zważywszy pół roku „sukcesów” SWO – w 2014r. FR mogła dojść do Bugu w 2 tygodnie, maksymalnie w miesiąc. W 2022r., po pół roku wojny nie opanowała nawet Donbasu, przy stratach ludzkich i materialnych przekraczających o rzędy wielkości te straty, które wystąpiłyby w 2014r]

– Ale co by było, gdyby przegrał? Stawka była bardzo wysoka.

W tamtych czasach nie można było przegrać. W 2014 r. wszystko było możliwe. W 2014 r., gdyby Rosja zaanektowała Charków, Odessę i Dniepropietrowsk i na tym poprzestała, Europa i USA odetchnęłyby z ulgą. A fakt, że zatrzymał się na kwartał w Donbasie, wywołuje jedynie drwiny. To tak jak z Sałtykowem-Szczedrynem [Салтыков-Щедрин]: spodziewano się po nim wielkiego zła, ale on tylko „urodził mysz” [Ś.: „zjadł czyżyka” – idiom rosyjski „чижика съел” – znaczenie: osiągnął minimalne, mizerne efekty choć planował o wiele więcej]. To właśnie obecna polityka prowadzi do naszej klęski. Powoli, ale nieuchronnie. Putin po kolei powtarza działania Miloszevicia. Krok po kroku, rok po roku… Skala kraju jest oczywiście inna, ale błędy są takie same.

A teraz o moich działaniach. Gdybyśmy nie opuścili Słowiańska, pewnie byśmy tam zginęli. W dość krótkim czasie. I jeszcze zanim garnizon w Słowiańsku zostałby całkowicie zniszczony, dowiedzielibyśmy się o upadku Doniecka i Ługańska oraz o całkowitej klęsce republik ludowych. W czasie, gdy opuszczaliśmy Sławiańsk, wróg całkowicie odciął DNR od Rosji: cała strefa przygraniczna była kontrolowana przez wojska ukraińskie. Wszystko! DRL i ŁRL pozostała jedynie komunikacja z Rosją przez korytarz izwarinski [Изваринский коридор].

Z wojskowego punktu widzenia opuszczenie Słowiańska było krokiem tak oczywistym, tak niepodważalnym, że nie ma sensu nawet o tym dyskutować. Krytykę przyjmuję z uśmiechem. Ludzie albo nie wiedzą, o czym mówią, albo celowo wprowadzają w błąd. Tak, z wojskowo-politycznego punktu widzenia był to z pewnością poważny cios dla republik. Dlatego do ostatniej chwili starałem się trzymać miasta. Wykorzystałem ostatnią okazję – absolutnie ostatnią – do wycofania garnizonu. Jeszcze 24 godziny i pierścień okrążenia zostałby całkowicie zamknięty.

Muszę też zaznaczyć, że nie uciekłem, nie opuściłem garnizonu, chociaż wielokrotnie proponowano mi przeniesienie się do Doniecka i objęcie stanowiska ministra obrony DNR. Wyruszyłem razem z garnizonem, jeszcze tej samej nocy. Dlatego wszystkie zarzuty… Ci, którzy mi to wytykają, powinni spróbować stanąć wówczas na moim miejscu [Ś.: by się przekonać, jaka wtedy była sytuacja. Problem Sławiańska był efektem polityki Kremla zorientowanej na zlikwidowanie rękoma ukraińskimi niepokornych aktywistów rosyjskich i donbaskich, którzy ośmielili się wkroczyć do międzynarodowej gry. Proszę zapoznać się minimum z fragmentem tekstu Pocztówki z Donbasu: Aleksander Chodakowski – niewidzialny z Kremla agent SBU i doniecki „ojciec chrzestny”?, szczególnie rozdziałami „Rozstrzelanie KAMAZ-ów z ochotnikami”, „Odpady”, „Zdrada”, „Marinowka”. Kreml chciał upadku powstania na Donbasie, ale opinia publiczna w FR była polityką Kremla po prostu rozwścieczona, dlatego pozorowali pomoc, jednocześnie realnie maksymalnie sabotując. Szerzej o tym w kolejnym tekście, o kombrygu A. Mozgowym.].

– W wywiadach mówi Pan, że miał kategoryczny rozkaz, by nie poddawać Słowiańska. W przeddzień odwrotu rozkaz ten był kilkakrotnie powtarzany. Postanowił Pan jednak dokonać przebicia przez okrążenie, ponieważ nie widział innego wyjścia. Ale tu pojawia się kolejna dziwna rzecz: kto, proszę wyjaśnić, mógł wydawać rozkazy osobie, która dowodziła siłami zbrojnymi republiki?

– Teoretycznie taki rozkaz mógł wydać formalny głównodowodzący, którym był Borodaj (Aleksander Borodaj, od 16 maja do 7 sierpnia 2014 roku – przewodniczący Rady Ministrów Donieckiej Republiki Ludowej. – MK).

fot. ru.wikipedia.org, Aleksander Borodaj.

– Borodaj twierdzi, że nie wydał takiego polecenia.

– Oczywiście, że nie wydał. Mimo całego mojego negatywnego stosunku do Aleksandra Juriewicza, nie jest on głupcem. Co do reszty – bez komentarza.

– Tajemnice wojskowe?

– Nawet gdybym był cywilem, istnieją takie pojęcia jak honor i godność osobista. Obejmują one odpowiedzialność nie tylko wobec ukochanego „ja” i nie tylko wobec osób, którymi dowodzisz, ale także wobec tych, z którymi kiedykolwiek współdziałałeś.


Naddniestrze, lipiec 1992 r. Zdjęcie: iStrelkow.ru

– Cóż, jaki był „plan-maksimum”? Czego Pan i Pana sympatycy spodziewaliście się wiosną 2014 roku?

– Postąpiłem zgodnie z dość prostą i, moim zdaniem, oczywistą logiką. Zjednoczenie Krymu było bardzo znaczącym posunięciem wojskowo-politycznym, które w tamtym czasie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Pamiętam, że kiedy po locie do Moskwy Siergiej Waleriewicz Aksjonow zebrał nas, swój mały, 10-12-osobowy sztab, i ogłosił, że przeprowadzamy referendum nie w sprawie niepodległości, ale w sprawie zjednoczenia z Rosją, byłem zaskoczony. Byłem pewien, że powstanie nowe Naddniestrze, nowa nieuznawana republika.

Ale zjednoczenie Krymu [Ś.: z Rosją] to Rubikon. Granica, której nie da się przekroczyć bez zdecydowanych działań. Było jasne, że Zachód nigdy nie uzna tej decyzji, że dopóki Ukraina będzie istnieć w obecnym kształcie, konfrontacja będzie się tylko nasilać. Presja i sankcje nie ustały. W tym przypadku należało przeciąć węzeł gordyjski jednym ciosem, nie próbując go rozplątywać. Nie można było tego powstrzymać.

Wierzyłem, że Kreml to rozumie, i dlatego ograniczone wsparcie, jakiego udzielił mi Aksjonow, traktowałem jako działanie w ramach tej logiki [Ś.: kolejne potwierdzenie, że „rosyjska wiosna” była ruchem ludzi nie kontrolowanych i nie wspieranych przez Kreml]. Aksjonow, nawiasem mówiąc, jest bardzo rozsądnym człowiekiem. Doskonale rozumiał, że Krym bez reszty Noworosji, bez Północnej Tawrii [Северной Таврии], jest jak „usychająca ręka”. Zamiast regionu- dawcy [płatnika netto] powstanie niekończąca się czarna dziura, w którą trzeba inwestować, inwestować i inwestować. Tylko po to, aby „ręka” nie uschła całkowicie.

Wierzyłem, że kolejnym logicznym krokiem będzie ponowne zjednoczenie Donbasu [Ś.: z Rosją]. A przynajmniej przekształcenie go w niezależny region. Nastąpiłby efekt domina. Od Ukrainy oderwałyby się rosyjskojęzyczne regiony Ukrainy – przede wszystkim charkowski, dniepropietrowski, zaporoski, mikołajowski, chersoński i odeski. Miałaby powstać swoista federacja republik noworosyjskich, które później weszłyby w skład Państwa Związkowego. [Ś.: znajdowały się tam kluczowe dla rosyjskiego przemysłu stoczniowego i zbrojeniowego zakłady i unikalny, wykwalifikowany personel techniczno-badawczorozwojowy: przykład 1 (kopia) (przykład 2 (kopia)]

Nie uważałem też Kijowa za stracone miasto. Po utracie jednej trzeciej ludności, połowy gospodarki i prawie całej infrastruktury, pozostała część Ukrainy – przynajmniej do linii Kerzona [Ś.: mowa o wariancie linii pozostawiającym Lwów i okolice po polskiej stronie, czyli ziemie dawnej Galicji należące do obecnej Ukrainy] – za jakiś czas również musiałaby przyłączyć się do odnowionego Państwa Związkowego. I jak dotąd nie ma innej drogi. Jedyną alternatywą jest kapitulacja. Kapitulacja w Donbasie automatycznie doprowadziłaby do zakwestionowania statusu Krymu.

– Co i kiedy poszło nie tak?

– Zrozumiałem, że coś poszło nie tak 26 kwietnia (2014 r. – „MK”), kiedy poproszono mnie o zdjęcie maski i udzielenie wspólnego wywiadu z Puszylinem (Denisem Puszylinem, wówczas współprzewodniczącym tymczasowego rządu DNR). – „MK”).

– Kto prosił o to?

– Bez komentarza. Jeśli będą chcieli, powiedzą nam o tym. Proszę zrozumieć jedno jedno: wielu moich dawnych towarzyszy broni mówi o wiele więcej niż ja, ale za to, co im uchodzi na sucho, zostanę uznany za zdrajcę. Im wolno, są „swoi” [Ś.: dla władz FR] …

W każdym razie nie planowałem wtedy żadnych działań na arenie publicznej. Byłem całkiem zadowolony z mojego anonimowego statusu, tak jak na Krymie. Większość działań, które tam podejmowałem, pozostała niepubliczna. Myślałem, że tak samo będzie w Donbasie: pojawi się jakiś lider polityczny, któremu będę pomagał. No, może bardziej niż na Krymie, bo w Donbasie nie było „zielonych ludzików”. Mimo to pozostanę całkowicie w cieniu. Moje pojawienie się na arenie publicznej oznaczało całkowitą zmianę planów. Potem ja sam musiałem awansować na dowódcę polityczno-wojskowego.

Był jednak jeszcze jeden powód: w Donbasie nie widziałem nikogo, kto mógłby się równać z Aksionowem [Аксеновым]. Możecie uważać go za kogokolwiek chcecie, ale jest to człowiek bardzo energiczny, inteligentny i pracowity. Z niewątpliwą charyzmą. W Donbasie wśród wszystkich liderów „rosyjskiej wiosny” nie było nikogo, kto choć w połowie posiadałby te cechy [Ś.: byli, najbardziej wyróżniali się Mozgowoj i Driomow, pierwsi też zostali zabici przez „nieznanych sprawców” – ale nie chcieli brać władzy … mimo, że byli naturalnymi przywódcami.]. Więc im dalej szedłem, tym bardziej musiałem przejmować inicjatywę [kontrolę]. Musiałam to zrobić.

I na zakończenie mojej odpowiedzi: pewnym punktem bez powrotu było oświadczenie Putina z 7 maja, po rozmowach z Didierem Burkhalterem (przewodniczącym OBWE od stycznia do grudnia 2014 r.). „Powinniśmy poczekać na referendum” – i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Oznaczało to nie tylko porzucenie idei Noworosji. W rzeczywistości było to odrzucenie poważnej walki o Donbas.

Ostateczny punkt został osiągnięty 25 maja 2014 roku, kiedy to Moskwa [Putin] uznała legalność wyborów Poroszenki. Był to ogromny cios dla donieckiego ruchu oporu. Wielu członków ukraińskich sił zbrojnych było wówczas – delikatnie mówiąc – sceptycznych wobec Poroszenki – i ogólnie wobec kijowskiej junty. Ale od 25 maja mieli prawowitego głównodowodzącego, którego rozkazy zaczęli wykonywać.

[Ś.: wtedy Putin zniszczył i ideę Noworosji, i szanse na niemal pokojową inkorporację całej Ukrainy i szansę na wkroczenie na Ukrainę pod pretekstem przywracania legalnej władzy Janukowycza. I przygotował grunt pod 8-letnią masakrę ludności Dobnasu, podczas której ukraińscy banderowcy chowali się za „porozumieniami mińskimi” i zza nich prowadzili terrorystyczne ostrzały miast Donbasu. I przygotował grunt pod krwawą łaźnię donbaskich mężczyzn na ukraińskich rejonach umocnionych w ramach SWO.]

– Myślę, że nastroje panujące wśród samych mieszkańców Doniecka również były dla Was bardzo rozczarowujące. Pamiętam, co mówił Pan, gdy był w Słowiańsku: obwiniał Pan miejscowych o bierność, o to, że nie chcą walczyć…

– Postawmy kropkę nad „i”. Wypowiedziałem się nie jako analityk kanapowy, lecz jako dowódca jedynej poważnej jednostki wojskowej Donieckiej Republiki Ludowej w tym czasie. Jako minister obrony tej republiki, jakkolwiek formalnie. Rozwiązywałem problem wojskowo-polityczny: potrzebowałem ochotników, potrzebowałem, aby usłyszała mnie ludność republiki.

Gdybym siedział w Moskwie lub na Krymie, nie przeszłoby mi przez gardło coś takiego, ponieważ Donbas był o wiele bardziej aktywny niż Krym. W tym może nawet Sewastopol. Byłem tam i wiem bardzo dobrze, w jaki sposób Rosjanie samoorganizowali się na Krymie. Duża część ludności nie przywiązywała wagi do tego, czy rząd jest rosyjski czy ukraiński.

– To interesujące stwierdzenie.

– Ja, przepraszam, zawsze mówię prawdę. Czasami, oczywiście, istnieje potrzeba uprawiania propagandy, ale teraz nie jestem przywódcą polityczno-wojskowym, nie potrzebuję propagandy.

Tak, większość mieszkańców Krymu była przychylna wobec zjednoczenia z Rosją. Ale gdyby nie doszło do zjednoczenia, nie wyszliby na barykady. A w Donbasie nie tylko wyszli – ludzie wręcz użyli swoich pustych rąk, by zatrzymać pojazdy opancerzone. Mówiąc dokładniej, próbowali je powstrzymać. Odsetek osób, które stanęły w Donbasie – wolontariuszy, ochotników – był znacznie wyższy niż na Krymie.


fot. ru.wikipedia.org Bojownicy oddziału Strelkowa przed budynkiem rady miejskiej Słowiańska, 14 kwietnia 2014 r.

– Niemniej jednak ówczesne kierownictwo DRL wyglądało, delikatnie mówiąc, osobliwie: szef republiki był obywatelem rosyjskim, jego pierwszy zastępca – obywatelem rosyjskim, minister obrony – obywatelem rosyjskim…

– Nie prosiłem o mianowanie mnie Ministrem Obrony. Byłem całkiem zadowolony z mojego statusu dowódcy garnizonu w Słowiańsku. W rzeczywistości byłem również dowódcą garnizonu w Sławiańsku, do którego należały również jednostki poza Sławiańskiem. Nie byłem odpowiedzialny za nic innego, dopóki nie opuściłem miasta. A więc to, jak wyglądał wtedy rząd Donieckiej Republiki Ludowej, nie jest pytaniem do mnie . Nie mianowałem Borodaja [Бородая].

Gdyby zapytano mnie o zdanie, byłbym zdecydowanie przeciwny. Moje osobiste stosunki z Borodajem nie miały z tym nic wspólnego: w tamtym czasie uważałem go co najmniej za dobrego przyjaciela. Po prostu po 20 latach znajomości znałem bardzo dobrze jego predyspozycje biznesowe i zrozumiałem, że ten człowiek nawet z czasem nie nauczy się kierować republiką. Nie miał absolutnie żadnego doświadczenia w kierowaniu rządem. Był zwykłym dziennikarzem i technologiem politycznym. Co więcej, był zupełnie niezorganizowany.

Jeśli chodzi o miejscowe kadry, problem polegał na tym, że wszystkie zdolne donieckie osobistości życia politycznego i publicznego, w większości osadzone były w oligarchicznych strukturach Achmetowa i Taruty [Ахметова и Таруты]. I oczywiście czekali na polecenie od swoich szefów. Nie było postaci niezależnych, przynajmniej względnie niezależnych. [Ś.: kraj w stanie wojny powinien być rządzony przez pułkowników, a nie przez cywilów, szczególnie skorumpowanych cywilów, po uszy umoczonych w „biznesy” oligarchii rządzącej dotychczas]

Gdybym znalazł kogoś takiego jak Aksionow [Аксенов] (a aktywnie szukałem i spotykałem się z ludźmi, licząc na to, że zobaczę człowieka, którego można wysunąć na pierwszy plan), proszę mi wierzyć, że byłoby mi obojętne, kto zostanie mianowany w Doniecku – Borodaj, nie Borodaj. Byłbym w stanie dopilnować, aby taki właśnie człowiek stanął na czele republiki. Ale takich ludzi nie było.

– Nie chodzi tylko o Pana i Borodaja. Wielu dowódców i niższych rangą dowódców, nie mówiąc już o zwykłych ochotnikach, również pochodziło z Rosji.

– Mogę odpowiedzialnie powiedzieć, że dziewięćdziesiąt procent mojego garnizonu w Słowiańsku stanowili albo miejscowi, albo obywatele pozostałych części Ukrainy. Spośród wszystkich moich młodszych dowódców tylko dwóch było z Rosji – Motorola (Arsenij Pawłow [Арсений Павлов] – MK) i Prapor (Jewgienij Skrypnyk [Евгений Скрипник]- MK). W momencie wycofywania się ze Słowiańska wszystkimi kompaniami dowodzili obywatele Ukrainy, głównie znad Donu. Chociaż liczba ochotników z Rosji stale rosła, ich odsetek stale malał.


foto: ru.wikipedia.orgEuroMaidan, luty 2014 r.

– Dziesięć procent to też nie jest mały odsetek. Lubimy twierdzić, że Majdan to coś inspirowanego z zewnątrz, podżeganego przez Zachód, Amerykę, Departament Stanu… Jednak biorąc pod uwagę zakres wpływu Rosji na wydarzenia w Donbasie, Majdan wygląda na zjawisko o wiele bardziej endogeniczne i oryginalne niż to, co się tam działo i dzieje.

– Nie zgadzam się z Panem. Choć nie zaprzeczam, że Majdan był spowodowany przyczynami wewnętrznymi. Byłem w Kijowie w styczniu 2014 r. i w ciągu dziesięciu dni pobytu miałem okazję przekonać się, że zdecydowana większość kijowian, i nie tylko kijowian, w taki czy inny sposób sympatyzuje z Majdanem. To jest fakt. Ale otrzymał ogromne wsparcie z zewnątrz – to też jest fakt. Wystarczy przypomnieć, że porozumienie z Janukowyczem [Ś.: zawarte pod patronatem „zachodu” i przez „zachód” poręczone …] zostało spłukane w toalecie dzień po jego podpisaniu. Ambasador Stanów Zjednoczonych wspierał Majdan, będąc tam osobiście obecny…

– Z tego, co wiem, był Pan też na Majdanie.

– Byłem tam w celach zwiadowczych.

– Rozpoznanie?

– Rozpoznanie. Nie prowadziłem rozpoznania – chciałem tylko zrozumieć, co się dzieje. Interesowało mnie to jako profesjonalistę. Byłem szefem ochrony w firmie Małofiejewa (Konstantin Małofiejew [Константин Малофеев], przedsiębiorca i szef grupy firm Cargrad [Царьград]. – MK). Kiedy „Dary Magów” (relikwie chrześcijańskie przechowywane na Górze Athos [Афон]; w 2014 r. zostały sprowadzone do Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, zorganizowane i sponsorowane przez Fundację Małofiejewa. – „MK”), byłem odpowiedzialny za bezpieczeństwo całego procesu.

Nawiasem mówiąc, wielu z tych, którzy pomagali Małofiejewowi w organizacji i przeprowadzeniu tego wydarzenia, było również bardzo przychylnie nastawionych do Majdanu, a nawet brało w nim udział. Kiedy mieliśmy pożegnalną imprezę w Kijowie – to był koniec stycznia, prawie miesiąc przed upadkiem Janukowycza – podeszli do mnie, trochę podchmieleni, i skarżyli się. Mówili, że boją się, że Majdan przegra. Zapewniłem ich, że już wygrali, tylko jeszcze o tym nie wiedzieli. Ale jednocześnie powiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie i że będą żałować tego zwycięstwa…

A teraz sprawa Donbasu. Gdybym kierował operacją „Noworosja” – gdyby taka operacja istniała – siedziałbym teraz w Dniepropietrowsku i prawdopodobnie byłbym szefem noworosyjskiego MGB. A może nikim bym tam nie był, siedziałbym na emeryturze, tak jak teraz. Ale tak czy inaczej istniałaby Noworosja – od Odessy po Charków. Poza medialnym skowytem Moskwa tak naprawdę nie zrobiła nic – nic pożytecznego, nic słusznego, co mogłoby doprowadzić do zwycięstwa.

Ale ludzie w Donbasie powstali naprawdę. A powody [Ś.: dla rozpoczęcia powstania] były bardzo poważne. Po pierwsze, językowe, etniczne. Kiedy ludzie, których przodkowie mówili po rosyjsku aż do siódmego plemienia, są zmuszani do mówienia i pisania w obcym dla nich języku, nie może to nie budzić gniewu. Były też inne powody. Donbas żywił połowę Ukrainy, ale był opluwany, pogardzany, tych, którzy tam mieszkają, nazywano darmozjadami, mówiono, że są tej samej krwi co Janukowycz…

Powstali przede wszystkim właśnie zwykli ludzie – klasa niższa i średnia. Klasy wyższe preferowały własne, partykularne interesy. [Ś.: elity w kapitalizmie zawsze zdradzają naród, po prostu mają z nim sprzeczne interesy ekonomiczne – i nic poza tymi interesami ich nie obchodzi. Na Ukrainie dodatkowym czynnikiem była dominacja żydowskiej oligarchii i osób uzależnionych od niej w gospodarce i polityce. Gdyby te elity zostały do szczętu wymordowane lub wypędzone już na początku, historia potoczyłaby się dla Donbasu, może całej Noworosji lub nawet Ukrainy o wiele lepiej.] Ale gdyby Moskwa rzeczywiście wsparła wówczas powstanie ludowe w Donbasie – gdyby wsparła je skutecznie – ci interesowni ludzie natychmiast by do nas dołączyli. Wygralibyśmy w ciągu kilku dni. [Ś.: Sądzę, że ten fragment wypowiedzi I.G. jest celowym pominięciem ważnego wątku. Co by się stało, gdyby z Kremla poszło realne wsparcie militarne i polityczne, zamiast mętnego bełkotu? Oczywiście „elity” poszłyby za swoim interesem. Tylko ludzie w Donbasie powstawali także – i przede wszystkim – przeciw wszystkiemu, co reprezentowało sobą państwo ukraińskie. Przeciw złodziejskim elitom i złodziejskiemu kapitalizmowi. Powstali pod hasłami nacjonalizacji przemysłu i majątków oligarchów. I.G. konsekwentnie ignoruje ten wątek we wszystkich swoich wypowiedziach, bo ulega iluzji, że jak tylko ludność rosyjska Ukrainy zjednoczy się z Rosją, osiągnie pełnię szczęścia. Nie. Ludzie mieli dość oligarchii-mafii, dość złodziejstwa, chcieli porządków znanych z ZSRR i Białorusi. I właśnie z powodu tych nastrojów pomoc z mafijno-oligarchicznej Rosji nie nadeszła. Powstanie w Donbasie było antytezą rosyjskich porządków firmowanych przez Putina (i ukraińskich porządków spod znaku Kołomojskiegoo, Achmetowa i reszty tamtejszej „diaspory”).]

– A na czym miała polegać ta pomoc? Na sprowadzeniu wojska?

– Mam tu na myśli przede wszystkim wsparcie finansowe i organizacyjne. Jeśli już przysyłać liderów [patrz Borodaj], to nie powinna to być grupa awanturniczych technologów politycznych, którzy potrafią tylko napchać sobie kieszenie, ale ludzie, którzy potrafią zorganizować gospodarkę i administrację państwową [Ś.: popatrzmy na FR – są tam wśród „elit” tacy ludzie? Nie ma, więc skąd niby by się mieli wziąć „na eksport”?]. Mianowanie ich ministrami i premierami nie było wcale konieczne. Wystarczyło mieć ich za doradców. Zamiast tego zebrano objazdowy cyrk konny z anegdotycznymi postaciami i wysłano je do pracy, do której zupełnie się nie nadawały.

– Ale czy należało sprowadzić wojsko?

– Na pierwszym etapie można było tego uniknąć. Wystarczyłoby, aby Rosja oficjalnie uznała te republiki i otwarcie zadeklarowała swoje poparcie dla nich. Wtedy siła nie byłaby konieczna. Jednak po 25 maja konieczne było oczywiście wprowadzenie wojska. Siły pokojowe. [Ś.: 25 maja Putin uznał wybór Poroszenki na prezydenta Ukrainy – absolutnie tego nie miał prawa robić, szczególnie – mając w garści legalnego prezydenta Ukrainy i pretekst do interwencji w celu przywrócenia konstytucyjnych władz; należało podtrzymywać polityczną i administracyjną słabość Ukrainy, jednocześnie wspomagając jej „erozję” na południowym wschodzie, rozpad państwa. A dlaczego tak należało robić? Dlatego, że prowadziło to do przejęcia ukraińskiego przemysłu, który był kluczowy dla odbudowy potencjału przemysłowego i militarnego ZSRR. Oczywiście jeśli kremlowskim elitom by chodziło o odbudowę potęgi ZSRR (konieczną dla realizacji hasełek, które od lat puszczały w obieg – o „ruskim mirze” i „tragedii rozpadu ZSRR”). Te kwestie omawiam szerzej w tekście Pomajdanowa Ukraina marionetek USA: orientacja prozachodnia a konflikt interesów ekonomicznych i konflikt etniczny. Korsuń-Szewczenkowski i narodziny terroru.]

– W jednym ze swoich wystąpień powiedział Pan: „Noworosja byłaby pierwszym etapem wyzwolenia Ukrainy od tego tak zwanego narodu ukraińskiego. Czy mógłby Pan wyjaśnić, co miał na myśli?

– To było oczywiście jedno z moich wcześniejszych wystąpień. Teraz nie powiedziałbym wielu rzeczy z tego, co mówiłem wtedy. No cóż, jak to się mówi, „łyżka jest cenna podczas obiadu” [Ś.: „ложка к обеду” – fragment przysłowia „дорога ложка к обеду”; rzecz jest ważna w momencie, gdy jest potrzebna]. Wówczas miałem na myśli cały splot wydarzeń, które miały doprowadzić do zjednoczenia Wielkiej Rosji. Uważam, że jest to Federacja Rosyjska, Białoruś, Ukraina – być może wzdłuż linii Kurzona. Wszystko to jest Rosja.

– Ale gdzie miał się podziać naród ukraiński?

– Przepraszam, czy istnieje naród ukraiński?

– Są ludzie, którzy uważają się za Ukraińców.

– I co z tego? Istnieją ludzie, którzy nazywają siebie „elfami”. Podczas ostatniego spisu powszechnego kilka tysięcy osób podało się za „elfy”. Istnieje naród „elfów” …?

– Sam Pan sobie zaprzecza, mówiąc o „wyzwoleniu” od narodu, który nie istnieje.

– Powiedziałem „tak zwany naród”. Ogromna większość ludności Ukrainy to Rosjanie. Nikt nie będzie walczył z dialektami surzyckimi czy małorosyjskimi. To są normalne dialekty, które mają prawo istnieć. Być może nawet po to, by się rozwijać. Ale ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy jednym narodem o jednej mentalności. Ukraińcy są kategorią polityczną. Tak, w ciągu stu lat odpowiedniej indoktrynacji zapuściła ona korzenie. W pierwszym rzędzie za linią Kurzona, na terytorium byłego Cesarstwa Austro-Węgierskiego.

Tam, być może, w jakimś stopniu ukształtował się naród ukraiński. Ale na wschodzie są tylko Rosjanie. A ci z nich, którzy uważają się za przedstawicieli narodu ukraińskiego, to albo ludzie oszukani przez prasę, albo polityczni naciągacze. Kijów jest tak samo rosyjski jak Nowosybirsk, Moskwa, Władywostok czy Murmańsk.


Ukraińcy są kategorią polityczną. Tak, w ciągu stu lat odpowiedniej indoktrynacji zapuściła ona korzenie. W pierwszym rzędzie za linią Kurzona, na terytorium byłego Cesarstwa Austro-Węgierskiego.

– Przynajmniej zostałem uspokojony. Jeśli dobrze zrozumiałem, nie chodzi tu o deportację i likwidację.

– O czym Pan mówi! Czy kiedykolwiek wyraziłem jakieś nazistowskie poglądy? Nie jestem nawet szowinistą. Może kiedyś, w młodości, tak było, ale pozbyłem się ich całkowicie. Nie mam nic przeciwko zwykłym obywatelom Ukrainy. Nawet tym, którzy mówią po ukraińsku. Dla mnie są oni braćmi. To, że nie uważają mnie za swojego brata, to ich problem.

– Wróćmy do wydarzeń sprzed pięciu lat. Cytując wiadomość z 14 sierpnia 2014 r.: „Rada Ministrów DRL przychyliła się do prośby Igora Strelkowa o rezygnację ze stanowiska ministra obrony.” Ci, którzy Pana zdymisjonowali – przynajmniej ci, którzy formalnie Pana zdymisjonowali – wypowiadali się na ten temat bardzo obszernie: Strelkow, jak twierdzą, nie poradził sobie z dowodzeniem, uległ panice, prawie poddał Donieck i ogólnie był, cytuję, „w stanie obłędu”. Milczy Pan… Czy to możliwe, by nie miał Pan nic do dodania do ich wersji?

– Bardzo wygodnie jest pluć do studni, wiedząc, że studnia nie będzie pluć z powrotem. I robią to ludzie, którzy są tak „umoczeni”, że w ogóle nic nie wystaje nad powierzchnię. Sformułujmy pytanie w sposób bardziej przejrzysty. Powody rezygnacji?

– Tak.

Gdybym prawidłowo ocenił sytuację, prawdopodobnie nie złożyłbym rezygnacji. Ale w tamtym czasie byłem pewien, że robię jedyną możliwą wówczas rzecz. Dla dobra sprawy. Byłem o tym przekonany. Nikt nie zagrażał mojemu bezpieczeństwu osobistemu – było jasne, że nie ma sensu grozić. Gdybym się uparł, usunięcie mnie ze stanowiska byłoby możliwe wyłącznie „nogami do przodu” [w drodze zabicia mnie]. Ale sprawę postawiono jasno: albo odejdę, albo moje jednostki nie otrzymają wsparcia [z Rosji] i republiki zostaną pokonane.

– Czy „nogami do przodu” to tylko figura retoryczna, czy też taka opcja również nie była wykluczona?

– W tym życiu wszystko jest możliwe.

– Słyszałem, że ta „propozycja nie do odrzucenia” [Ś.: dymisja z ministra obrony za pomoc wojskową dla republik], została Panu rzekomo złożona osobiście przez Siergieja Iwanowa, ówczesnego szefa kremlowskiej administracji. Podczas spotkania w Sewastopolu. To mit?

– Siergiej Iwanow? Nigdy go nie spotkałem ani nie komunikowałem się z nim – ani osobiście, ani telefonicznie, ani za pomocą innych środków komunikacji. Ja również nie byłem wtedy na Krymie. Ani też nie mogłem być. Podczas całego mojego pobytu w Donbasie tylko raz opuściłem terytorium republiki – na dwie lub trzy godziny.

– OK – nie Iwanow i nie Krym. Więc kto i gdzie?

– Tutaj wykraczamy poza to, o czym mogę mówić.

– Czy żądania te wyszły od przywódców Rosji?

– Bez komentarza. [Ś.: w „Principie Kowaliowa” z 01.06.2022 I. G. wyjaśnia (15:00-20:00), że za zdjęciem go ze stanowiska stały zabiegi m. in W. Surkowa i zauszników Achmetowa na miejscu.]

– Czy dobrze rozumiem, że dziś uważa Pan ultimatum, które mu postawiono, za blef?

– Cóż, to nie był do końca blef. Mimo to zostałem wprowadzony w błąd. Gdybym nie zrezygnował, myślę, że sytuacja i tak zmieniłaby się na lepsze.

– Pańska rezygnacja prawie zbiegła się z wkroczeniem do Donbasu osób, które sam Pan nazywa „urlopowiczami”. To nie jest przypadek?

– Ponownie przekracza Pan granicę, którą wyznaczyłem na 2014 r. i której nie naruszę. Zawsze odpowiadam: przed moją rezygnacją na terytorium DRL nie było rosyjskich wojskowych. Byli tam pojedynczy ludzie – prawdziwi urlopowicze. Artylerzyści, saperzy – dosłownie kilka osób, które przyszły pomóc. Pod moją komendą byli tylko ochotnicy.

– Jakie zarzuty zostały wysunięte wobec Pana?

– Nie postawiono wobec mnie żadnych zarzutów. Ani wtedy, ani wcześniej, ani później. To, co powiedział Pan, również nie zostało przedstawione jako powód. Choć muszę przyznać, że przez te cztery miesiące byłem naprawdę bardzo wyczerpany. Prawdopodobnie potrzebowałem odpoczynku. Ale gdyby to ode mnie zależało, nie opuściłbym swoich jednostek przed zakończeniem kryzysu.

Jeśli chodzi o poddanie Doniecka, to nie ukrywam, że rozważałem wycofanie głównych sił w rejon Śnieżnego [Снежного]. I właśnie to wykorzystują ci ludzie – moją szczerość i uczciwość. W drugiej połowie lipca wojska ukraińskie przecięły autostradę Donieck – Śnieżnoje w pobliżu Szachtiorska [Шахтёрска]. Gdybym był wtedy na miejscu ukraińskiego dowództwa wojskowego, proszę mi wierzyć, że wtedy byłoby już po wszystkim. Ale na Szachtiorsk rzucili stosunkowo niewielkie siły, a ja przewidziałem to posunięcie: jeszcze zanim weszli do Szachtiorska, pięć naszych kompanii już tam zmierzało.

Kiedy przyjechałem do Szachtiorska, wyciągnąłem dwa wnioski. Wniosek pierwszy: jest tu szansa na wygraną. Musimy zdjąć wszystkie jednostki i wysłać je do Szachtiorska. Tak też uczyniłem. Po drugie, ewakuacja wojsk z Doniecka zamieniłaby się w paniczną ucieczkę, nie bylibyśmy w stanie stworzyć nowego centrum obrony w Śnieżnem. Poziom organizacji milicji nie był jeszcze wystarczający do przeprowadzania takich manewrów. Jeszcze tego samego wieczora w Doniecku zwołałem naradę dowódców i oświadczyłem, że jeśli zostaniemy otoczeni, będziemy walczyć w Doniecku. Będziemy walczyć na ulicach – aż do skutku.

Ale oprócz spraw czysto wojskowych istniały również kwestie wojskowo-polityczne. Miałem do czynienia z jednym i drugim. Musiałem kierować przebiegiem operacji wojskowych i zastanawiać się, jak to wpłynie na sytuację w republice. Ani Borodaj, ani Antiufiejew (Władimir Antjufiejew [Владимир Антюфеев], pierwszy zastępca przewodniczącego Rady Ministrów DNR od lipca do września 2014 r. – MK”) – nikt nie potrafił mi pomóc. I nie chcieli tego robić. Teraz jednak okazuje się, że wszystkie sukcesy, które odniosłem, to zasługa moich byłych towarzyszy broni. Oskarżono mnie jedynie o tchórzostwo, zdradę i szaleństwo.

– Dlaczego Kurginian [Кургинян] zaatakował Pana w taki sposób? Może ma Pan z nim jakieś osobiste zatargi

– Kurginian (Siergei Kurginian [Сергей Кургинян], analityk polityczny i działacz społeczny – MK) przyjechał do Doniecka zaraz po tym, jak opuściliśmy Sławiańsk. Sądzę, że przysłał go Surkow (Władisław Surkow, asystent prezydenta FR – przyp. MK), aby spróbować mnie zdyskredytować. To, że Kurginian jest człowiekiem Surkowa, nie jest dla nikogo tajemnicą. Być może obawiali się, że ogłoszę się dyktatorem wojskowym.


W Słowiańsku, wiosna 2014 r.

Ale to było błędne odczytanie sytuacji: nie starałem się o władzę w DNR. Gdybym tylko chciał, mógłbym przejąć władzę. Uważałem jednak, że jest to niepraktyczne i złe. W tym momencie miałem dość problemów, z obroną Doniecka. Front był jak zgniła szmata. Tam, gdzie potrzebny był pełnowartościowy batalion, nie mogłem wystawić nawet plutonu. Kiedy Kurginian zaczął wypowiadać się przeciwko mnie, część mojego personelu była tym zaniepokojona, ale ja tylko machnąłem ręką: szkoda czasu. Nie ma pewności, czy przeżyjesz – o jakiej polityce możemy mówić…

– Czy podejmował Pan jakieś próby powrotu do Donbasu?

– Nie, ani razu. Zrozumiałem, że legalny powrót nie jest możliwy. Albo nie przepuszczą mnie przez granicę, albo zatrzymają i natychmiast deportują z powrotem. A nielegalny powrót oznaczałby, jak to się mówi, „trafienie do piwnicy” [areszt]. Albo trzeba by spróbować obalić rząd, który próbowałby mnie zamknąć w piwnicy. W warunkach konfrontacji militarnej [z Ukrainą] doprowadziłoby to jedynie do destabilizacji republiki. Stanowiłoby to doskonały pretekst do jej zniszczenia. Nie jest przecież tajemnicą, że znaczna część „partnerów Kijowa” w Moskwie „śpi” [wyczekuje] i zastanawia się, w jaki sposób można jak najszybciej pozbyć się Donbasu. I Krymu też.

– Przyznaję, że uderzyła mnie Pańska charakterystyka republik Donieckiej i Ługańskiej: „Reżimy przestępcze. Nieco gorsze niż w Kijowie, do tego pod wieloma względami biedniejsze”. Czy walka była warta takich ofiar, jeśli tak to się skończyło?

– Oceniając przeszłe zdarzenia wszyscy są „mocni w gębie”. Tak, kiedy 12 kwietnia 2014 r. przekraczałem granicę rosyjsko-ukraińską, oczywiście oczekiwałem zupełnie innego wyniku. Ale nadal nie mam wątpliwości co do słuszności moich działań. Walka może być przegrana, wojna może być przegrana. Nie oznacza to jednak, że nie należy walczyć i że nie należy próbować.

Ludzie, którzy powstali, którzy chwycili za broń i walczyli – i, nawiasem mówiąc, nadal walczą – to prawdziwi Rosjanie. Prawdziwi wolontariusze, prawdziwi wojownicy. Ale ci, którzy ich zdradzili i sprzedali, którzy stworzyli śmietnik zamiast wizytówki „rosyjskiego świata”, są łajdakami i łajdakami zasługującymi na sąd wojenny.

– Porozmawiajmy teraz o Pana miejscu w rosyjskiej polityce. To prawda, że mówi Pan, iż nie jest politykiem. Ale stanowisko lidera Wszechrosyjskiego Ruchu Narodowego to przecież stanowisko polityczne…

– Chwileczkę, przecież Pan-Rosyjski Ruch Narodowy to nieistniejący już projekt. Można oczywiście nadymać się. Jak wiadomo, mamy całe instytucje, które składają się z jednej osoby. Ale ja mówię, jak jest: panrosyjski ruch narodowy „zasnął”, nie otrzymując niezbędnego wsparcia finansowego i organizacyjnego. Od dłuższego czasu nie przedstawiam się jako jego lider.

– Kim więc jest Pan dzisiaj?

– Publicystą i blogerem. I emerytem wojskowym.

– Zrozumienie Pana pozycji jako publicysty też nie jest łatwe. Jest Pan przeciwko Putinowi, przeciwko tym, którzy wychodzą na ulice przeciwko Putinowi… „Jego kalkulacja jest prosta” – mówi o Tobie Aleksander Borodaj. – W kraju panuje kryzys, rząd długo się nie utrzyma, a w nieuniknionej wojnie domowej Igor Girkin-Strelkow stanie na czele części „sił patriotycznych” i zostanie dyktatorem tego, co pozostało w Rosji”. Czy mówi prawdę?

– Radziłbym mniej słuchać Aleksandra Juriewicza Borodaja. Z jednego prostego powodu: Aleksander Juriewicz ocenia wszystkich według własnych standardów. Jeśli chodzi o moje stanowisko, to nie jestem ani przeciw „tym”, ani za „tamtymi”. Ja jestem za swoimi sprawami – za Rosją, za narodem rosyjskim. Jestem za Imperium. Aby nie być źle zrozumianym: Imperium to nie bicie cerkiewnych dzwonów, powozy i książęta. Imperium to sposób istnienia kraju, w którym jednoczy się wiele narodów, kultur i religii. Jestem za ich zachowaniem i rozwojem. [Ś.: ZSRR robił to mądrzej niż Imperium i z większym pożytkiem dla ludowych mas prowincji.]

Jeśli słuchasz Putina, możesz i powinieneś podpisać się pod wieloma rzeczami. Mówi wspaniałe rzeczy – o wielkości Rosji, o interesach państwa, o sprawiedliwości społecznej. Gdyby naprawdę robił to, co mówi, prawdopodobnie nie miałby bardziej lojalnych zwolenników niż ja. Ale robi coś dokładnie przeciwnego. Jeśli chodzi o praktykę, to Putin jest wiernym kontynuatorem sprawy Jelcyna. [Ś.: Putin używa patriotycznej retoryki dokładnie tak samo instrumentalnie jak Kaczyński, jest dokładnie takim samym aktorem, oszustem, z poprawką na skalę państwa i ilość krwi na rękach.]

Jeśli wsłuchać się w hasła tych, którzy obecnie przewodzą ulicznym protestom, to w zasadzie z wieloma rzeczami można się zgodzić. Tym, czego naprawdę potrzebuje ten kraj, są wolne wybory [Ś.: „Wolne wybory” zaprowadzą Rosję donikąd – do upadku politycznego, gospodarczego i rozpadu państwa. Ludy, narody są zbyt głupie i naiwne, by nie dać się nabrać na sztuczki socjoinżynierów sterujących „demokracjami”. Dlatego w żadnym państwie świata „wolne wybory” nie poprawiły losów narodów „wolno wybierających”. Drogą Rosji powinien być neo-mandarynat technokratów zarządzających zrenacjonalizowanym majątkiem. Najbliższy wzór mają Rosjanie za miedzą. Na Białorusi.] i poważne reformy. Naprawdę trzeba walczyć z korupcją, która pochłonęła wszystko. Slogany są dobre, slogany są słuszne. Mogę sobie jednak wyobrazić, co się stanie, jeśli ta ekipa [Ś.: mowa o Nawalnym i całym stadzie prozachodnich „antykorupcyjnych” liberałów] dojdzie do władzy.

Będą oczywiście próbowali przeprowadzić moją ekstradycję do Hagi lub do Kijowa w związku z katastrofą [Boeinga MH17]. I nie tylko mnie, ale wszystkich ochotników [„rosyjskiej wiosny 2014”]. Ale najważniejsze jest to, że bez wątpienia zniszczą kraj, powtórzą luty 1917 roku. I wielu z nich zrobi to świadomie, ponieważ uważają, że Rosja jest zbyt duża, że trzeba ją podzielić na kilka części i włączyć do „społeczności międzynarodowej” na warunkach, które ta „społeczność” sama podyktuje.

Krótko mówiąc, nie chcę brać udziału w walce „dżumy” z „cholerą”. Patrząc na te „zapasy”, mogę powiedzieć tylko jedno: plaga na oba wasze domy. Jedni doprowadzają kraj do ruiny przez swoją bezczynność i głupi hedonizm, inni przyspieszają tę ruinę swoimi działaniami

– I czeka Pan, żeby zobaczyć, jak to się skończy?

– Czy mam jakiś inny wybór? Gdybym mógł w jakikolwiek sposób wpłynąć na sytuację, zrobiłbym to, ale nie mam takiej możliwości. Musiał Pan widzieć moje próby wpłynięcia na sytuację. Byłem jednym z organizatorów wiecu w obronie Kurylów, wspierałem protest mieszkańców obwodu archangielskiego przeciwko budowie wysypiska śmieci w Szyjach… To są wydarzenia, w których biorę udział. Nie ze względu na efekt polityczny, ale dlatego, że jest to po prostu mój obowiązek. Kiedy obowiązek nakazuje, wkraczam. W przeciwnym razie jestem obserwatorem, tak jak Pan.

– Podczas naszej rozmowy unikałem sformułowania „czy się Pan nie boi”. Oczywiście, trudno jest przestraszyć człowieka, który przeżył pięć wojen. Ale teraz zapytam Pana w taki sposób, ponieważ będziemy mówić nie o ziemskich zagrożeniach, lecz o wyższych jurysdykcjach, których prawosławny wierzący, a takim się Pan nazywa, nie tylko może, ale wręcz musi się obawiać. Przyznaje więc Pan, że to Pan rozpoczął wojnę w Donbasie, naciskając, według Pana słów, na jej „język spustowy” …

– Tak, ale gdybym ja go nie pociągnął, zrobiłby to ktoś inny. I tak doszłoby do rozlewu krwi [Ś.: Krew i tak już się lała, „prawy sektor” po całej Ukrainie mordował prorosyjskich działaczy, zaczynając od „krwawych dni Majdanu” 19-21.02.2014. Z najbardziej znanym mordem masowym 02.05.2014 w Odessie. Pojedyncze zabójstwa przed tą datą nie istnieją w świadomości rosyjskiej opinii publicznej.].

– Ale to nie byłoby to samo. A może by tak nie było.

– Byłoby to, obowiązkowo. Nie wiedziano mnie ani w Odessie ani Charkowie, a i tak były tam ofiary. Może nie byłoby wojny na tak wielką skalę, może nie byłoby republik. Ale konflikt i tak można było zakończyć tylko przemocą.

– W każdym razie kilka tysięcy osób – mówi się, że już około 10 tysięcy – które mogły chodzić po ziemi, teraz w niej leżą. W znacznym stopniu przyczynił się Pan do tego. A co z sądem Bożym, Igorze Wsiewołodowiczu? Nie boi się Pan? [Ś.: To szyderstwo, prowadzący wywiad jest ateistą-komunistą, „wbijającym szpilę” tym pytaniem mocno „pobożnemu” I. Girkinowi.]

– Nie wiem, czy moje usprawiedliwienia zostaną przyjęte przez Boga. Oczywiście, jestem człowiekiem grzesznym. Popełniłem wiele błędów. Ale przynajmniej zawsze staram się postępować uczciwie, staram się, aby moje działania były zgodne z tym, co dyktuje mi sumienie. To prawda. Często robię rzeczy, które dla niektórych mogą wydawać się nielogiczne. Działam, z punktu widzenia klasycznego polityka, na swoją szkodę. Ale nie jestem klasycznym politykiem i nigdy nim nie będę. I jeszcze jedno: nigdy, niezależnie od tego, co i gdzie robiłem, nie szukałem osobistego interesu. Może właśnie dlatego jeszcze żyję.

Wywiad przeprowadził: Andriej Kamakin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s